Fantasmagorie.org

Opowiadania fantasy i science-fiction

Błąd polski

Autor: Izabella Gądek

Oceń:

Link: http://www.izabellagadek.pl

(science-fiction)

Fragment opowiadania:

BŁĄD

Nie mogłam spać. Kolejny raz któryś z kręgów postanowił przypomnieć o sobie rwą kulszową. Kręciłam się niecierpliwie, nie mogąc znaleźć pozycji niwelującej ból.
Po chwili poirytowany głos, dobiegający z poduszki obok przerwał ciszę.

- Iz co się znowu z tobą dzieje??! Do cholery! Jak ty nie możesz to daj mnie odpocząć!

Chamski ton bez cienia troski wydobył ze mnie jedynie smutne westchnięcie. Wstałam i zeszłam na dół po blokadę bólu.
Wybrałam jedną z najsilniejszych. Ukłucie w palec i za moment nieprzyjemne uciski nerwów w plecach zniknęły.

Włączyłam wiadomości z naszego układu. Po trzeciej złej informacji miałam dosyć newsów z rzeczywistości. Zgasiłam urządzenie. Na monitorze organizera wpisałam swoją wizytę w klinice odnowy. Jestem tam coraz częstszym gościem, mimo, że mam zaledwie i aż 20 lat. Moje awarie wywoływały u Oza coraz agresywniejsze reakcje. Starałam się go rozumieć, ale nikt nie ma wpływu na pewne rzeczy, jak ja na swój stan techniczny. Oz jest młodszy o 4 lata. Duża różnica wieku, kiedy kobieta jest starsza, staje się często przyczyną konfliktów. Znajomi mnie uprzedzali, ale nie miałam za wielu możliwości wyboru partnera. To był ostatni moment, żeby nie rozsypać się w samotności...
Położyłam się na dole. Nie miałam ochoty na kolejne kąśliwe uwagi. Już sama świadomość bezużyteczności była wystarczająca...


*

Nad ranem obudził mnie Oz aplikujący sobie w jadalni codzienną dawkę witamin i sterydów. Zakładałam się w myślach, że nie zapyta jak się czuję. Wygrałam. Pożegnało mnie przed jego wyjściem jedynie bez: ,,Wrócę później’’.

Chciałam wstać, ale nie byłam w stanie ruszyć nogą. Wczorajszym lekiem zniwelowałam ból, jednak nie usunęłam przyczyny awarii. Niestety po kilku godzinach od wystąpienia błędu w organizmie, mogłam jedynie usiąść. Wybrałam numer taniej korporacji i zamówiłam transport z wniesieniem do kliniki.

O 12.07 leżałam na stole wpatrując się w e-monitor zamontowany na suficie. Z głośników płynęły drażniąco sztuczne, relaksacyjne dzwięki, a obraz przed oczami pokazywał zdjęcia zrobione w XX wieku. Nie wiem kto wymyślił, że takie historyczne powtórki mają umilić nastrój pacjentowi czekającemu na kolejne rozczłonkowanie …Wodospad w Wenezueli… Amerykański kanion… Polska wieś… Śnieg na Kilimanjaro...

- Witaj Iz. Znowu kręgosłup? Ile kręgów dziś wymieniamy? Doliczyć regenerację rdzenia? Od wczoraj jest w promocji. Jeszcze jakieś usterki?
Doktor De od wejścia melodyjnym, wesołym głosem zadawał kolejne pytania, nawet nie patrząc w moją stronę.
- Dzień dobry doktorze. Poproszę o nowy odcinek lędźwiowy. Jeśli regeneracja w promocji, to chętnie się na nią zdecyduję. Ostatnio coraz częściej boli mnie wątroba i serce. Uda się wymienić też organy na jednej wizycie? Eh… Ciężko sobie wyobrazić, że moja prababcia bez żadnej poważnej usterki doczekała 94 lat.
- Oczywiście jest to do zrobienia. Proszę nie panikować niepotrzebnie. Nie jest z panią tak źle. Postaram się pomóc najlepiej jak potrafię. Swoją drogą – chciałaby pani żyć tyle co nasi przodkowie? Pojemność mózgu i inne organy mają ograniczoną datę ważności. Ale nie dywagujmy, tylko działajmy. Proszę się teraz rozluźnić i o nic nie martwić, a ja zaraz podam znieczulenie. Obudzi się pani w dużo lepszej formie. Obiecuję.

Po tych słowach doktor przyłożył mi do czoła malutki pojemniczek z narkozą i wszystko zniknęło.


*

W klinice spędziłam cały dzień. Doktor De dokonał wszystkich zaplanowanych napraw. Zaraz po przebudzeniu poczułam zdecydowaną różnicę w sprawności narządów. Oddychało mi się też głębiej i lżej. Ogólnie czułam się dużo zdrowsza i młodsza. Kochany doktor. Sprawdziliśmy powoli zakres ruchów. Żadnych przykurczów, niedowładów, kłopotów z motoryką. Uśmiechnęłam się.

Przed powrotem do domu postanowiłam dokupić koktajle hormonalne i syntetyczne kwiaty. Iluzja posiadania czegoś żywego była namiastką dawnego świata. W 2033 zostało całkowicie zabronione posiadanie jakichkolwiek organizmów żywych. Wszystkie rośliny, jakie przetrwały na ziemi po wielkim zanieczyszczeniu - zostały umieszczone w laboratoriach do badań. Zwierzęta od 2025 zaczęły zdychać nie osiągając dorosłości. Młode przestały się rozmnażać, a te co były umarły. Ludzie postanowili skupić się wyłącznie na podtrzymaniu swojego gatunku co i tak wymagało wielkich nakładów energii. Brak zwierząt i roślin spowodował konieczność produkowania syntetycznego jedzenia, a to z kolei doprowadziło do tego, że nasze organizmy na chemicznym zasilaniu zaczęły żyć o wiele szybciej. Mimo coraz większej wiedzy naukowej, długość ludzkiego życia, skróciła się zaledwie do jego dawnego fragmentu. Większość populacji nie dożywała ćwierćwiecza. 27- latkowie byli rzadkością. Kobieta, jeśli nie urodziła dwa, trzy lata po pierwszej menstruacji, później nie miała już szans na potomstwo, z powody braku komórek jajowych.
Ja nie mam dzieci. Przegapiłam ten moment. Kiedy dostałam pierwszy okres miałam 9 lat. Spotykałam się wtedy z 19 latkiem, który nie chciał mieć potomstwa na starość. U mnie z kolei zaczęły się kłopoty z kręgosłupem i co jakiś czas wymieniałam jego fragmenty, a to uniemożliwiało zajście w ciążę. Skończyłam 16 lat, kiedy Lo umarł. Kilka miesięcy później aktywowałam się na nową miłość, ale okazało się, że w rankingu ofert, jestem mocno przeterminowana.

W banku ofert poznałam Oza. Podobnie jak ja, zamieścił swój aktywator na partnera po kilku miesiącach samotności. Był emerytowanym funkcjonariuszem służb systemu, wykonującym wyroki na zdrajcach. Po przejściu w stan spoczynku, żeby nie czuć się całkowicie bezużyteczny, przyjął posadę biurową w dziale statystyk. Wiem, że zdecydował się być ze mną z litości. Chciał sobie udowodnić, że ma jakiekolwiek ludzkie odruchy. Czy ma? Zadaję sobie to pytanie nieprzerwanie od 985 dni. Od kiedy jesteśmy ,,razem’’.


*
Kiedy wszedł Oz, układałam białe lilie w wazonie. Była prawie 21. Ponad godzina do czasu policyjnego, wyznaczonego na dziesiątą. Po niej wszelkie wypadki, napady, uszkodzenia ciała, były osobistym ryzykiem. Rząd odpowiada za nasze bezpieczeństwo do 22.
- Jak minął dzień? - spytałam idąc w jego stronę. Czasem staram się zachowywać tak, jakbyśmy byli kochającą się parą. Partnerami, którzy witają się stęsknieni serdecznymi, ciepłymi gestami.

- Normalnie – burknął zwyczajowo.
Minął mnie w hollu i wszedł do łazienki. Miał dziwną obsesję na punkcie dezynfekowania rąk. Wycisnął płyn z dozownika i długo mydlił błękitnym żelem dłonie nad umywalką. Spłukał obficie wodą. Wytarł sterylnymi chusteczkami. Nacisnął znów główkę pojemniczka i sięgnął ponownie po białe papierki…

- Doktor De wszystko we mnie naprawił. Czuję się doskonale. Kupiłam nam koktajle hormonalne. Może masz ochotę na wyzwolenie jakichś emocji?
Stałam w drzwiach pomieszczenia wpatrzona w postać przeglądającą się w lustrze. Poprawił lewą brew, przeciągnął dłonią po włosach i nawet na mnie nie patrząc wycedził przez zęby:

- Nie bądź śmieszna Iz. Już próbowaliśmy różnych specyfików. Nie mam ochoty ani na emocje, ani na ciebie. Wiesz o tym dobrze. Nie interesuje mnie kontakt fizyczny z kimś coraz bardziej sztucznym, a tym bardziej po wizycie w miejscu, gdzie roi się od bakterii. Powinnaś przejść kilkudniową kwarantannę. Właściwie przyjechałem tylko po rzeczy. Uważam, że nie powinniśmy mieszkać wspólnie przez kilka dni. Przynajmniej, aż nie oczyścisz się z obcych związków. Mam godzinę, aby dotrzeć do biurowych apartamentów, więc nie przeszkadzaj. Spieszę się.

Patrzyłam jeszcze jakieś pół minuty jak pakuje kosmetyki, po czym wyszłam na taras. Nienawidziłam swojego życia. Siebie. Tego domu. Wszystko działo się w nim bez emocji, bez miłości, bez sensu. Uciekłabym gdzieś gdybym miała tylko możliwość. Niestety nie było mnie jednak stać na takie zmiany. Poza tym nie tylko nasz świat, wypełniały takie istoty jak ja. Samotne. Zawiedzione. Sfrustrowane. Jakby nie dopasowane do istniejącej rzeczywistości. Mogliśmy z Oz żyć inaczej, ale on brzydził się moich chorób, dolegliwości. Brak dzieci tylko pogłębiał egzystencjalną bezużyteczność. Nie mogłam zrobić nic poza przyjmowaniem kolejnych upokorzeń. Kłamię… Mogłam. Mogłam zgłosić się do programu wcześniejszej utylizacji i zakończyć tę farsę. Myślałam o tym, ale człowiek od zawsze karmi się jakąś bezsensowna nadzieją.

Kilka minut później zostałam sama. Oz nie raczył się nawet pożegnać. Może to i lepiej, bo znów by tylko powiedział, że jestem histeryczką, rozmemłaną beksą, czy zdewociałą paranoiczką. Na tablecie znalazłam stację radiową, odtwarzającą listę przebojów wszech czasów. Genialny Freddy zaczął zadawać mi pytania:

,, Is this the Real life? Is this Just fantasy?’’

Hmmm, a no właśnie. Czasy w których żyli i tworzyli frontmeni Queen minęły bezpowrotnie. Zniknęły jak rośliny, zwierzęta, emocje. Jak sens wszystkiego. Paranoja. Nowoczesny świat okazał się więzieniem, w którym wegetowaliśmy. Udawaliśmy, że mamy zajebiste możliwości i łatwe życia. Nie było w tym jednak nic fajnego. Staliśmy się robocikami, które się naprawia od usterki do usterki. Od błędu do błędu…

W radio słuchałam piosenek,pochodzących z czasów, które utraciliśmy zawładnięci coraz większym apetytem na konsumpcję i posiadanie. Pink Floyd, Nirvana, Michael Jaskson, Led Zeppelin, Zappa, James Brown… Wtedy każdy chciał być inny. Wyjątkowy. Niepowtarzalny. Teraz utknęliśmy w martwym punkcie. Wszyscy mamy to samo. Krótkie życie. Brak sensu. Brak przynależności i własnego ja. Wolność skróciła się do decyzji o posiadaniu potomstwa. Chociaż słyszałam, że i to ma się zmienić w przyszłym roku i każda kobieta MUSI urodzić co najmniej jedno dziecko, żeby przysługiwało jej opieka serwisowa i przynależenie to tej chorej rzeczywistości.


*


Obudził mnie alarm wyjący na korytarzu. Po chwili ktoś nacisnął dzwonek do drzwi. Wczoraj zasnęłam w salonie słuchając klasyków wszech czasów. Spojrzałam na zegarek. 6.02. A zatem mają prawo pukać – kimkolwiek są – chociaż nie spodziewałam się zupełnie nikogo.
Włączyłam monitor. Oni widzieli mnie. Ja ich. Na korytarzu stało dwóch mężczyzn w rządowych mundurach. Inspekcja, albo coś ważnego, bo raczej nie zawracają sobie głowy pierdołami.

- Słucham. W czym mogę pomóc? – spytałam patrząc w wyświetlacz kamery.
- Pani Iz numer 7654398076? – spytał poważnie i głośno młodszy ode mnie osobnik. Chyba podświadomie katalogowałam wiekowo napotkane osoby.
- Tak. Dokładnie.
- Czy zna pani mężczyznę o imieniu Oz i numerze 9524318756?
- Tak! Oczywiście, że tak! To mój partner! Coś się stało?? – nagle milion myśli pulsowało mi przed oczami. - Zostawił mnie? Ma kogoś? Coś zrobił? – tych pytań nie zadałam mężczyznom za drzwiami, które właśnie otwierałam. Skanerem sprawdziłam ich legitymacje i wpuściłam do środka.
- Proszę nam wybaczyć najście, ale sprawa jest poważna – tym razem starszy postanowił przekazać mi konieczne informacje.
- Pan Oz został o 21.51 zatrzymany przez służby porządkowe w celu rutynowego sprawdzenia danych. Do incydentu doszło jak się później okazało przed wejściem do jego biurowca. Nie chciał początkowo dać się zeskanować, utrudniając pracę stróżom prawa. Mówił, że jego takie kontrole nie obowiązują. Ostatecznie pozwolił na sprawdzenie o 22.01. Niestety system w momencie przejścia z godziny dziennej na policyjną jest przejmowany przez inne służby i resetowany. Nastąpił błąd w odczycie i pani partner został zeskanowany jako zdrajca systemu. Zna pani procedury w tym przypadku. Taka osoba zostaje natychmiast zatrzymana do szczegółowych wyjaśnień. Pan Oz po usłyszeniu formułki o koniecznych czynnościach dostał jakiegoś szału, amoku. Wrzeszczał obelżywe słowa, wyrywał się i kiedy sięgnął po broń - funkcjonariusz nie miał wyjścia i oddał strzał w trybie samoobrony. Niestety śmiertelny. Przykro mi. Tym bardziej mi przykro, że przy ponownym zeskanowaniu denata o 22.14 okazało się, że pan Oz to były, zasłużony pracownik systemu. Proszę przyjąć nasze kondolencje. Ciało jest w gmachu głównym. To numer pokoju. Proszę. Z naszej strony to wszystko. Do widzenia.

Mężczyźni wyszli, a ja nuciłam słowa zapamiętane wczoraj. Z kartką w niebieską kratkę w ręce, na której grubym flamastrem nakreślono 667:

Nothing really matters, anyone can see,
Nothing really matters,
Nothing really matters to me.
Anyway the wind blows...


*

Po piętnastej w gmachu głównym, w wyznaczonym pokoju, dokonałam niezbędnych formalności dotyczących potwierdzenia tożsamości Oza i kasowania danych związanych z jego kontami, dokumentami i wszelkimi prawnymi historiami. Znałam dalsze procedury, ale nie chciałam brać w nich udziału, co również podałam w zeznaniach. Odprowadzała mnie do wyjścia młoda kobieta. Przy pożegnaniu zapytała:

- Pani Iz, rozumiem, w jakiej jest pani sytuacji. Kolejna strata partnera. Czy mogę coś dla pani zrobić? Zna pani program wcześniejszej utylizacji?
- Znam – odpowiedziałam.
Przypomniała mi się moja babcia i jej opowieści o szczęściu, miłości, spacerach z dziadkiem. Jej śmiech, radość, optymizm. Ona zawsze mówiła, że będzie dobrze.
- Pani Iz. Słyszy mnie pani? – kobieta niecierpliwie czekała na moją decyzję.
- Nie…- zaczęłam niepewnie. - Nie czas jeszcze na to. Mam ochotę na życie. Dalej. Mimo wszystko. Może po tylu błędach szczęście się do mnie wreszcie uśmiechnie… i będzie dobrze…


*

Po śmierci Oza przestałam odczuwać dolegliwości pleców. Początkowo nie zwracałam na to uwagi, ale minęło kilka tygodni i zadzwoniła do mnie zaniepokojona brakiem kontaktu sekretarka doktora De. Wyjaśniłam jej, że bóle związane z kręgosłupem i stawami kończyn ustąpiły – więc nie było potrzeby wykonywania żadnych napraw. Czułam się bardziej zrelaksowana i spokojna. Odkrywałam w sobie jakby nowe pokłady energii. Możliwości. Siły. To jednak nie przekonało prawej ręki mojego cudotwórcy i poprosiła o przybycie na konsultację za kilka dni.

Od tej chwili zaczęłam siebie obserwować. Patrzyłam na sylwetkę przechodząc koło szklanych tafli budynków. Była wyprostowana. Poruszałam się lekko i sprężyście. Jak kiedyś. Prawie nie pamiętam kiedy to było.
Kiedy po śmierci Oza zostałam sama, nikt mnie nie krytykował, nie oceniał. Nie obrażał. Słuchałam ulubionej muzyki. Podejmowałam decyzje bez presji, czy poczucia winy. Ubierałam dres, luźne koszulki, ulubione swetry bez skrępowania, że Oz zaraz zakpi z mojej sylwetki Wróciłam do pisania. Bez poczucia wstydu, że to nic nie warte bzdety. Może i bzdety, ale mi sprawiało przyjemność dobieranie słów, które układały się w jakąś opowieść. Nie tylko emocjonalnie czułam się wolna. Odbicie w lustrze miało jaśniejsze oczy. Gładszą skórę… Młodniałam…


*


Do doktora De dotarłam w cudownym nastroju. Dzień od rana był słoneczny i ciepły. Nawet czujniki atmosfery wykazały mniejsze skażenie. Weszłam do holu szybkim krokiem w opalizujących szpilkach. To najwyraźniej przykuło uwagę sekretarki, która nie darowała sobie komentarza.

- Witam pani Iz. Nie poznałabym pani, gdybym nie wiedziała o umówionej wizycie. Wygląda pani olśniewająco, ale czy te buty nie zaszkodzą na schorowane plecy??
- Dziękuję pani Mi. Faktycznie od niedawna pozwalam sobie na takie ekstrawagancje, ale czuję się doskonale!
Mrugnęłam do niej żartobliwie, widząc kontem oka, że do momentu, kiedy zniknęłam w gabinecie 767 - obserwowała mnie z otwartymi ze zdziwienia ustami.

Położyłam się na fotelu i ponownie w oczekiwaniu na Doktora De na sufitowych monitorach obserwowałam kadry z historii XX wieku. Muzyka naśladowała odgłosy natury.
…Plaża na Malediwach… Pastwisko owiec w Irlandii… Jezioro Wiktorii…

- Dzień dobry Iz! Jak się pani czuje? - doktor swoim męskim, radosnym głosem wyrwał mnie z wycieczki po nieistniejących miejscach, które dzisiaj oglądałam z przyjemnością.
- Doskonale! Od jakiegoś czasu nic mi nie jest. Jakby paradoksalnie wraz z samotnością, zniknęły wszystkie dolegliwości. Myślałam, że ta sytuacja mnie załamie, ale nieoczekiwanie jest odwrotnie. Wiem, że jestem skazana na schorowaną starość, ale wcale mnie to już nie martwi. Nie umiem tego wytłumaczyć. Zresztą to pewnie tylko moje subiektywnie odczucia. Po przeglądzie dowie się pan wszystkiego osobiście.
- Dawno pani u nas nie było. Zaraz sprawdzimy co się dzieje. Proszę w takim razie się zrelaksować, a ja już podaję narkozę.

Tradycyjnie, pojemniczek z płynem, po przyłożeniu do czoła, zabrał mnie w inny wymiar.




*

Witaj Iz ponownie. Już po wszystkim – doktor De siedział na krześle obok fotela. – Wszystko w porządku? Masz zawroty głowy?
- Nie, nie. Wszystko ok. Nic mi nie jest. I jak badanie? – spytałam odzyskując świadomość.
- Hmmm. No sam nie wiem co ci właściwie powiedzieć… – pierwszy raz widziałam mojego medyka tak zakłopotanego i zdezorientowanego.
- Coś się stało?? Jestem umierająca? To już koniec? – zaczęłam panikować nie wiedząc czego się spodziewać.
- Przeciwnie Iz. Nie wiem jakim błędem spowodowane jest to, co się teraz dzieje. Nie potrafię tego w tej chwili wytłumaczyć, ale w dużym skrócie wygląda na to, że twoje ciało odmłodniało. Procesy regeneracji zachodzą w nim znacznie szybciej. Produkcja kolagenu jest na poziomie 13 latki. Ta zmiana odbudowała ci liczne chrząstki, wzmocniło stawy, poprawiło skórę… Jesteś faktycznie w doskonałej formie i ja nie żartuję, ani nie prawię ci teraz komplementów.
- Hmmm… - zaskoczenie na moment odebrało mi mowę. - Eeee... Jak to możliwe?? Przecież mam ponad 20 lat i od dawna choruje na kręgosłup i wymieniam zużyte organy? Co się więc stało?
- Szczerze mówiąc nie wiem, ale jesteś przykładem na to, iż twój biologiczny czas najwidoczniej postanowił się cofać. Będziemy cię obserwować. Może to jakieś chwilowe zakłócenia, nie mniej jednak na dzisiaj nie potrzebujesz moich rąk do wymiany niczego. Spotkamy się za miesiąc i sprawdzimy wszystko ponownie.
Doktor wstał z krzesła. Podał mi dłoń, sugerując, że mam opuścić fotel, a wizyta dobiegła końca.
- Dobrze. Zatem umówię się na kolejne spotkanie u pani Mi. Dziękuję i do zobaczenia doktorze.
- Do zobaczenia.

Mężczyzna odprowadził mnie do drzwi i zamknął je za mną pierwszy raz, od kiedy jestem jego pacjentką.


*

Kolejne dni przyniosły mi wiele radości. Zaczęłam dostrzegać w sobie pozytywne cechy, które tak skutecznie dusił we mnie Oz. Wróciłam do nauki języków innych cywilizacji i studiowania historii wszechświata. Siedząc wieczorami na tarasie, zastanawiałam się, czy istnieje gdzieś w galaktyce miejsce, w którym mogłabym poznać inną, nieskażoną i mniej sztuczną rzeczywistość…


*

Kolejna wizyta u doktora De była dla mnie niewiadomą. Oczekiwałam jej z niecierpliwością. Jaki błąd spowodował poprawę mojego zdrowia? Co się stało, że z pesymistki pozbawionej emocji, schorowanej malkontentki, nagle z dnia na dzień, chciałam czerpać z życia ile tylko potrafię?

Spotkanie w klinice wypadało dokładnie w moje 21 urodziny. 20 maja 2063. Czytałam, że w tym miesiącu zawsze kwitło dużo kwiatów. Natura piękniała w promieniach słońca prześcigając się w pomysłowości kształtów i kolorów. To musiał być piękny czas… Szkoda, że ludzie to zniszczyli. Zatruli zwierzęta i rośliny, których nie zastąpią cuda techniki, jakie mają imitować bezpowrotnie unicestwione życie. Na spotkanie świadomie wybrałam kombinezon w czerwone maki. Chciałam tym strojem nawiązać do maja, który kiedyś tętnił radością.

Mi przywitała mnie podniesionymi ze zdziwienia brwiami, w połączeniu z tym razem oszczędnymi emocjami.

- Dzień dobry pani Iz. Gabinet 173. Doktor będzie wolny za kilka minut. Proszę spokojnie się rozgościć i zrelaksować.
Zajęłam miejsce w wygodnym fotelu i popatrzyłam na ekrany zamontowane nad moją głową. Szum lasu, taniec strumyka i ciche ćwierkanie, dopełniał zapach jodły. Na ekranie gromada gnu i zebr biegła przed siebie po afrykańskiej sawannie. Zachodziło pomarańczowe słońce, wydłużające cienie rosnących gdzie niegdzie akacji...

- Witaj Iz. Przepraszam za chwilkę spóźnienia, ale przeprowadzałam zabieg, który niestety miał kilka komplikacji, a Ty jak się czujesz?
Doktor De skończył dezynfekować dłonie i siadając przy mnie, zakładał przezroczyste rękawiczki.
- Czuję, że żyję. Nic mnie nie boli. Nic nie dolega. Doskonale toleruję syntetyczne pokarmy. Zaczęłam nawet ćwiczyć na symulatorach sportów pięciobój starodawny. Wyniki mam na razie średnie, ale robię postępy i kto wie czy nie zdecyduje się na udział w olimpiadzie za rok. Czy przesadzam? – słowa wypływały ze mnie radośnie jak spływający kryształowy potok z gór.
Mówiłabym dalej gdyby nie kamienna twarz i zdecydowane:
- Na razie dziękuję. Zaraz przeskanujemy dokładnie każdą twoją komórkę i zobaczymy co się faktycznie dzieje. Jesteś gotowa? Mogę podawać narkozę?
Mężczyzna sięgnął po pojemniczek z szuflady obok.
- Tak. Proszę zaczytać. – skinęłam głową i za chwilę zamknęłam oczy tracąc świadomość.


*


Kiedy wróciłam do rzeczywistości po przeglądzie, przy łóżku poza doktorem De, były jeszcze 4 osoby. Trzech nieznanych mi mężczyzn i filigranowej budowy kobieta o twarzy nimfetki. ,,Ciekawe ile ma lat’’ – to była pierwsza myśl po wielogodzinnej narkozie.

- Pani Iz – przemówił do mnie mężczyzna stojący obok pani doktor. - Przebadaliśmy wspólnie pani ciało wielokrotnie i dokładnie. Przeskanowaliśmy każdy milimetr z wnikliwą dokładnością i wręcz obsesyjną precyzją. Doktor De wspominał mi o ostatnich badaniach, dlatego postanowiliśmy się temu przyjrzeć niezależnie od jego opinii.
- Coś ze mną nie tak? – wyrwałam się przed szereg, jak to mawiała kiedyś moja babcia.
- Droga pani – tym razem głos zabrał stojący obok Doktora De specjalista.
– Wiele wskazuje na to, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nigdy nie miała pani takiej gęstości kości, oraz jakości tkanek. Jest pani jakby to kolokwialnie ująć ,,okazem zdrowia’’. Co więcej, pierwszym takim przypadkiem od czasu, kiedy ja jestem lekarzem, a i historia od 2044 nie notowała osoby, która by pozbyła się tak skutecznie wcześniejszych dolegliwości. Nie ma też w pani organizmie żadnych substancji niedozwolonych, czy preparatów, jakie testujemy chcąc wydłużyć nasze życia. Jest pani dla nas swoistym przypadkiem legendarnego Benjamina Buttona.
Na twarzach lekarzy pojawiły się uśmiechy.
- Iz – wreszcie do dyskusji włączył się Dr De. – Znam cię od wielu lat. Już po pierwszych menstruacjach zaczęłaś skarżyć się na dolegliwości kości, stawów, a przede wszystkim kręgosłupa. Wielokrotnie wymieniałem ci jego segmenty, jak również regenerowałem rdzeń, tętnice i inne układy. Na dzień dzisiejszy masz niewielkie skrzywienie odcinka lędźwiowego i minimalnie podwyższony poziom hormonów – co akurat w twoim przypadku i wieku jest czynnikiem pozytywnym. Spowodowało to jajeczkowanie, którego nie miałaś od kilku lat. Możesz mieć dzieci. Nie umiemy dziś wskazać przyczyny błędu, który powoduje to co obserwujemy. Nie potrafimy również określić, czy konsekwencje tych zmian nie będą dla ciebie negatywne.
- Doktorze. Więc jestem chora… czy zdrowa? Bo nic z tego nie rozumiem. Faktycznie z tego co usłyszałam ciężko było wywnioskować czy się cieszyć, czy martwić.
- Spokojnie. Nie denerwuj się – wreszcie odezwała się kobieta z twarzą aniołka z historycznych fresków. – Jesteśmy dobrej myśli i masz wielkie szczęście móc przechodzić tą niewyjaśnioną na ten moment dla nas przemianę. Za miesiąc powtórzymy badania. Jeśli wyjdą tak jak dzisiejsze, ma pani szanse zostać objęta eksperymentem rządowym, który daje nową tożsamość. Ocenimy pani faktyczny biologiczny wiek na podstawie badań i średnich statystyk kondycji innych osobników. Na teraz to jakieś 12-14 lat. Za miesiąc określimy to dokładnie. Jeśli się pani zgodzi, dostanie pani inną metrykę i w bazie partnerów oraz zawodowej aktywności zostanie pani przypisany nowy wiek i numer. Proszę się nad tym zastanowić.
- Jeszcze kilka miesięcy temu po śmierci Oz proponowano mi utylizację?!
Nie potrafiłam logicznie poskładać otrzymanych informacji.
- Wiemy. – doktor De sprawiał wrażenie podekscytowanego. – Rząd od dawna pracował nad programem nowych tożsamości w wypadku, kiedy wiek biologiczny odbiegałby od średnich norm. Pani jest tego przykładem, a wiek fizyczny i metrykalny stanowi kolosalną różnicę. Decyzja należy oczywiście do pani, ale nie ukrywam, że proszę w takim wypadku rozważyć urodzenie dziecka, na które dotychczas pani zdrowie nie pozwalało. Ważnym czynnikiem jest również finansowe wsparcie rządu. Zapewnia ono dożywotnio pani i potomstwu standard na poziomie klasy B, a jak zapewne się pani orientuje to dwa poziomy wyżej od tego, co przysługuje pani od urodzenia.
- Proszę wybaczyć, ale mam mętlik w głowie – wydukałam. – Przemyślę to wszystko. Proszę dać mi ten miesiąc. Jakoś się z tym oswoję, bo nie ukrywam, że jestem teraz w kompletnym szoku.
- Oczywiście Iz – kobieta wzięła mnie za rękę i odprowadziła do drzwi. – Mi ma dla ciebie informacje dotyczące programu metrykalnego. Gdybyś w między czasie miała jakiekolwiek pytania – jesteśmy do twojej dyspozycji. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia – skinęłam przed opuszczeniem gabinetu pozostałym uczestnikom rozmowy i wyszłam. W hollu Mi wręczyła mi kilka teczek, a podając ostatnią wyszeptała dziwnym głosem.
- Powodzenia pani Iz.

*
Wracając z kliniki zakupiłam sobie proseco w proszku i do tego kilka bukietów sztucznych maków. Nie zapomniałam o ulubionych kapsułkach krewetkowych, a na deser trzy kropelki szarlotki z cynamonem. Wieczorami oglądałam starodawne projekcje romantycznych filmów. Casablanca. Śniadanie u Tiffanego. Dzikość serca. Joe Black… nawet miłość ze śmiercią wydawała się fascynująca. Coraz mocniej odczuwałam potrzebę dzielenia codzienności.

Koniec maja spędziłam na coraz intensywniejszym trenowaniu pięcioboju i studiowaniu dokumentów przekazanych mi do podjęcia decyzji. Nie mogłam uwierzyć w to co mnie spotkało. Tak długo nienawidziłam swojego życia. Pogodziłam się z myślą o tym, że jestem gorszej kategorii i nic mnie nie czeka, a tu taka niespodziankę. Jeśli rzeczywiście istnieje taka możliwość, to będę w rankingu partnerów na bardzo wysokiej pozycji. Bez problemu znajdę kandydata do życia i ewentualnego potomstwa. Szkoda, że moja mama nie doczekała czasu, kiedy jestem w ciąży i mam szczęśliwą rodzinę. No, ale nie ma co wyprzedzać tego, na co nie mam wpływu.
W trakcie treningów poznałam kilka ciekawych osób. Zapewne dużo młodszych, ale tam takie dane, są tylko do wiadomości moderatorów. Najlepiej rozmawiało mi się z Fa. To urocza czternastolatka, która jest szaleńczo zakochana w swoim partnerze. Jest młodszy od niej o rok, ale dogadują się idealnie i szczerze zazdrościłam jej tej bliskiej relacji z drugą osobą. Zazdrościłam oczywiście pozytywnie. Ja już ten czas mam daleko za sobą .. no właśnie… mam? Czy los da mi szansę na przeżycie czegoś wielkiego, na co każdy z nas czeka od dziecka? Co ma zapisane w genach od zawsze?
Czas pokaże…


*


Mój symulator treningów do pięcioboju starodawnego zapisywał z dnia na dzień coraz lepsze wyniki. W eliminacjach do olimpiady, byłam na dobrej pozycji. Sporo czytałam o wcześniejszych igrzyskach sportowych. Odbywały się one na otwartych stadionach, w ogromnych halach, wypełnionych po brzegi tysiącami kibiców. Teraz wszystko ograniczyło się do maszyn imitujących otoczenie w poszczególnych dyscyplinach.
Cały pakiet do pięcioboju, to takie jakby oszklone pudełko 5 metrów na 4 metry. W zależności od potrzeb staje się basenem wypełnionym syntetyczną wodą. Lasem, matą z robotem ze szpadą, a w przypadku jeździectwa – czeka na mnie stworzona z najnowocześniejszej materii symulacja belgijskiej klaczy, której nadałam imię Deedee. Mogę wprowadzić funkcję kibiców, obserwatorów. Zmieniać płaszczyznę biegów i tor przejazdu konia. Do wszystkich dyscyplin mam w pakiecie odpowiednie stroje. Wkładam je na siebie przed wejściem do pomieszczenia. Po włączeniu play przezroczyste ściany stają się wielowymiarową przestrzenią, która do złudzenia przypomina prawdziwy basen, czy parkur. Cud technologii - wymyślony jednak z powodu utraty tego, co wcześniej było rzeczywistą naturalnością. Z innymi zawodnikami mam kontakt tylko za pośrednictwem symulatora. Z nikim nie spotkałam się ,,twarzą w twarz’’ chociaż chciałam je zaproponować Fa.

Pewnego dnia po skończonym treningu, zanim wyszłam z szklanego urządzenia sprawdziłam dostępność Fa. Była aktywna.

- ,,Hej Fa. Jesteś zajęta?’’ Wysłałam krótką wiadomość tekstową. Odczytała i za kilka sekund zielona słuchawka informowała mnie o czekającym połączeniu.
- Witaj Iz. Nie, właśnie skończyłam trening! - zabrzmiało wesołe przywitanie po drugiej stronie, a obraz na monitorze pokazywał roześmianą twarz w mokrych włosach i sylwetkę ubraną w obcisły strój. To sugerowało, że dziś Fa trenowała pływanie.
- O! Miło Cię widzieć! Ja skończyłam bieganie przełajowe. Dziś ustawiłam opcje biegania po śniegu. Było cudownie.
- Tak widziałam Twoje wyniki. Wyrastasz na lidera i trudną konkurencję. Gratulacje. A co poza tym? Jakie masz plany na długi weekend?
Zaskoczyło mnie to pytanie. Po chwili milczenia postanowiłam to wykorzystać.
- Nie mam, ale od dawna chciałam cię namówić na wspólne spotkanie. Jeśli nie macie z Wu za wielu zajęć i znajdziesz chwilę – ja zapraszam w jakieś fajne miejsce. – postanowiłam nie czekać w nieskończoność z tą inicjatywą.
- Wu ma misję na Plutonie. Nie będzie go kilka tygodni. Też myślałam o spotkaniu poza symulatorem. Bardzo miło będzie cię zobaczyć.
- Sobota, o 16? Restauracje w dzielnicy Wież Słońca? Z tarasów można oglądać podniebne przedstawienia, jakie przygotowują międzygalaktyczne centra rozrywki.
- Super. W takim razie jesteśmy umówione.
- Sprawdzę jakie będą zaplanowane na ten dzień atrakcje i podam ci wcześniej numer stolika i tarasu. Do zobaczenia Fa!

Po skończonej rozmowie przycisnęłam off palcem skanującym moje DNA i wyszłam uśmiechnięta z symulatora. W salonie przy akompaniamencie jedynie gitary klasycznej płynął przepiękny głos Laury Marling w utworze – What He wrote.

,,Forgive me Hera I cannot stay
He cut out my tongue, there is nothing to save
Love me oh Lord, he threw me away
He laughed at my sins, in his arms I must stay..’’

Hmm… mam nadzieje, że mnie nie czekają już tak smutne dni, o jakiś śpiewała wokalistka w XXI wieku. Wyłączyłam sprzęt i poszłam przygotować wannę do długiej kąpieli.


*


W sobotę obudziłam się wypoczęta i radosna. Mimo obaw, byłam bardzo ciekawa spotkania. Fa mówiła mi o swoim wieku. O mój nie spytała, sądząc pewnie, że jesteśmy równolatkami. Podekscytowana szukałam odpowiedniego stroju. Wybrałam jasny, cienki komplet wykończony metaliczną tytanową mgiełką i przezroczyste klapki. Przed 15 byłam gotowa. Postanowiłam pojechać na miejsce nieco wcześniej. Zamówiłam hovertaxi, żeby nie mieć problemu z parkowaniem i pół godziny przed czasem weszłam do kompleksu Wież Słońca. Udałam się prosto na połyskliwy i przestronny taras Andromedy, gdzie zrobiłam rezerwację. Dzisiejszego popołudnia obsługa wszystkich 11 Wież przygotowała świetlny spektakl na tle wędrujących w oddali galaktyk. Wszystkim uczestnikom pokazu zostały udostępnione najnowocześniejsze teleskopy CPC z powłokami XLT. Dzięki nim takie pokazy były prawdziwą przyjemnością.

Wysłałam do Fa informację, że jestem na 71 tarasie przy stoliku 523, do którego przyprowadzi ją obsługa tarasu.
Czekając na jej przybycie, zamówiłam kapsułkę czerwonego wina i krewetkową przekąskę. Punktualnie o 16 spostrzegłam, jak kobieta w uniformie z emblematem 11 Wież idzie w moim kierunku z filigranową blondynką o dziewczęcej urodzie.

- Pani Iz to pani Fa – przedstawiła nas recepcjonistka restauracji. - Zapraszam. Za moment kelner poda karty. Miłego wieczoru.
- Dziękuję – skinęłam z uśmiechem, po czym zostałyśmy same.
- Witaj Fa. Siądziesz koło mnie, czy naprzeciwko? – zdenerwowanie dyktowało sztuczne pytania.
- Naprzeciwko. Będzie wygodniej na ciebie patrzeć Iz. Super, że zdecydowałyśmy się na spotkanie i uwierz mi, też się denerwuję.
Obie się roześmiałyśmy.
- To prawda, aż drżą mi kolana. Zamówiłam już kapsułkę wina. A ty na co masz ochotę?
- Może poproszę proseco w proszku. Coś polecasz? Ja jestem tu pierwszy raz.
- Dla mnie wszystko jest doskonałe, a dzisiaj będzie szczególnie… - czułam się taka szczęśliwa siedząc z Fa na tarasie. Zdrowa, młoda, normalna…

Kelner podał czytniki z menu. Na ekranach pojawiły się opisy dań i możliwości jego podania. Setki kapsułek w różnych konfiguracjach tworzyły bardzo wyszukane potrawy. Ja zdecydowałam się na sałatkę z rukoli z zestawem serów, a Fa ostatecznie na nowość – brązowe pastylki stekowe w posypce korzennej i zielony zestaw witamin sałatkowych. W wiszącym na bocznej ścianie lustrze widziałam nasze odbicia. Gdybym nie wiedziała ile lat nas dzieli, z pewnością uznałabym obie kobiety za równolatki.
Garson obsługiwał gości perfekcyjnie. Pokaz na niebie, zrobił na wszystkich oszałamiające wrażenie, a my cały wieczór rozmawiałyśmy o przeszłości, pamiętanych bliskich, sporcie i zwyczajnych codziennościach. Czas mijał szybko. Byłyśmy zrelaksowane i uśmiechnięte. Nie pamiętam kiedy tak miło i spontanicznie spędziłam wieczór. Nic mnie nie martwiło. Nigdzie się nie spieszyłam, a przede wszystkim nic mnie nie bolało. Z Ozem rzadko wychodziliśmy ze względu na moje plecy. Nie byłam w stanie długo wytrzymać bez leków i zmian pozycji. Poza tym mój ex nie chętnie bywał ze mną gdziekolwiek. Kiedy spotkanie dobiegało końca, a obsługa restauracji dawała do zrozumienia, że jesteśmy ostatnimi gośćmi, Fa spytała:

- Iz, za 3 tygodnie organizujemy małe spotkanie. Wu wraca z misji i wpadnie do nas kilka osób. Przyjdz proszę. Poznasz fajnych ludzi.
- Postaram się - byłam zaskoczona, ale poczułam w ciele miłe ciepło. - Dzięki za propozycję. Hmmm… Będziemy w kontakcie, ale postaram się…
- My będziemy czekać. Nie daj się prosić. Będzie super zabawa. Sama widzisz, że lepiej się spotkać, niż siedzieć na komunikatorach. Zrobię dobre przekąski. Dobre używki.
- Jeśli tylko nic nie wypadnie. Dobrze?
- Jasne. Będziemy w kontakcie, więc się nie wymigasz.

Uśmiechnięta wróciłam do domu. Przed zaśnięciem sporo rozmyślałam o naszym spotkaniu. O tym co się w koło dzieje. Za kilka dni czeka mnie ponowne spotkanie w klinice. Ciągle nie mogłam uwierzyć w zmiany, jakich doświadczałam. Czeka mnie inne życie. Materiały, jakie przygotowali lekarze, dotyczące nowej tożsamości i programie rządu, znałam na pamięć. Tak. Zrobię to. Jeśli potwierdzą, że jestem w stanie, nie mogę tego przecież zmarnować. Pytanie tylko z kim to zrobię? Czy będą chcieli, żebym miała kogoś z banku partnerów, czy zaproponują mi sztuczne zapłodnienie? Wolałabym być z kimś. Dzielić się codziennie myślami, ciałem, obecnością. Wolałabym zapomnieć o samotności…


*

Połowa czerwca była ciepła i słoneczna. Skażenie powietrza na wyjątkowo niskim poziomie pozwalało na przebywanie poza klimatyzowanymi pomieszczeniami. Rano przy kawie, uczyłam się języka Treonów, kiedy zadzwięczał telefon. Na monitorze urządzenia wyświetlał się numer kliniki Doktora De.
- Tak? Tu Iz. Słucham.
- Przepraszam, że panią niepokoję. Jesteśmy planowo umówieni na wizytę 20 czerwca, ale… ale, czy byłaby pani w stanie przyjść do nas dzisiaj?
- Dzisiaj? Przecież to zaledwie kilka dni wcześniej. Czy coś się stało?
- Nie, nie.. proszę się o nic nie martwić. Wszystko w porządku. W dniu dzisiejszym dość niespodziewanie mamy wizytację z innych Wymiarów. To rutynowa, wyrywkowa kontrola kliniki, jednak pani przypadek zaciekawił Morów, którzy są również naszymi sponsorami, wiec… - dukała łamiącym się od zdenerwowania głosem sekretarka. Musi dużo zależeć od powodzenia tej rozmowy, bo czuć było w jej tonie napięcie i presję.
- … więc, jeśli pani to nie sprawi kłopotu, będziemy na panią czekać – skończyła.
Nie wytrzymała jednak ciszy i już po 3 sekundzie kontynuowała.
- Pani Iz, możemy na panią liczyć?
- Trochę mnie pani zaskoczyła – odpowiedziałam. - Poza treningiem na olimpiadę nie mam specjalnych planów. Może faktycznie lepiej mieć te badania za sobą. Proszę dać mi jakieś 2 godziny. Spotkamy się w recepcji i na miejscu porozmawiamy.
- Dziękuję bardzo. Do zobaczenia pani Iz.
- Do widzenia.

Zgasiłam pomoce naukowe i sięgnęłam do lodówki po jajecznicę w saszetkach.


*


Weszłam do holu kliniki przed 13. Sekretarkę otaczały osoby, które widziałam po raz pierwszy. Na stole leżało mnóstwo teczek z aktami wielu pacjentów. Kiedy dotarł do nich odgłos moich kroków, wszystkie głowy odwróciły się w ich stronę, a sekretarka aż podskoczyła wykrzykując:

- Witamy! Pani Iz. Czekaliśmy na panią!.
Po tych słowach z gabinetu wystrzelił prawie biegnąc Doktor De.
- Doskonale, że pani już jest! Zapraszam do 767. Proszę przodem.
- Mi – zwrócił się do sekretarki. - Proszę, aby nikt nam nie przeszkadzał. Wszyscy specjaliści są już powiadomieni o przybyciu pani Iz w naszym gabinecie.
- Panie doktorze, czy coś się stało? – stres kazał mi natychmiast zadać te pytania.
- Czuję się jak gość specjalny. Pani Mi wspominała coś o kontroli kliniki. Wszystko w porządku?
- Tak pani Iz. W jak najlepszym. Nie pozwalamy sobie na jakiekolwiek naruszenia, czy błędy. Nie ukrywam jednak, że jest pani pacjentem specjalnym, którym zainteresowali się nasi Dalecy Goście. To wyjątkowe osobistości i bardzo dbamy o dobre relacje. Dzięki nim mamy na ziemi energię, wodę, a tych zasobów planeta nie miałaby bez ich pomocy. Korzystamy też z ich wiedzy medycznej przy usprawnianiu naszych ciał, jak i wiele nowych preparatów żywieniowych posiadamy właśnie z dalszych wymiarów. Mam nadzieję, że dzisiejsza wizyta, której wyniki zaraportujemy Morom – nie będzie dla pani problemem?
- Nie. To nawet lepiej, że wyjaśnimy to wcześniej. Wyniki też są do państwa dyspozycji.
W gabinecie 767 czekała już na mnie poznana w recepcji ekipa lekarzy. Przywitaliśmy się i Doktor De przystąpił do swoich czynności.
- Zaczynamy. Proszę wygodnie się ułożyć i do zobaczenia za jakiś czas.

Narkoza zaczęła działać natychmiast. Jedyną myślą przed utrata świadomości był smutek, że kolejne badania nie zostały poprzedzone obrazami z pradawnej ziemi.


*


Poczułam uściśnięcie dłoni i cichy głos ładnej pani doktor.
- Pani Iz. Proszę otworzyć oczy. Już po wszystkim. Ponieważ trochę więcej czasu zajmie rozmowa z panią o wynikach przeglądu, proszę posilić się przygotowanymi potrawami. My wszyscy czekamy za tymi drzwiami na panią.
Puściła moją rękę. Podała mi tackę z pojemniczkami i wyszła. Zdecydowałam się na białe jogurtowe pastylki i bananową saszetkę. Wstałam. Poprawiłam w toalecie włosy i skierowałam się do sali, w której siedziała cała ekipa przy okrągłym stole z przydymionej szarej plexy.
- Proszę Iz, usiądz – Doktor De wskazał mi fotel.
Panowie wstali i usiedli ponownie na swoich miejscach, kiedy ja znalazłam się na miękkim siedzisku.
Doktor De miał wypieki na twarzy, nimfetkowa buzia oddychała zbyt szybko, pozostali byli we mnie wpatrzeni jakbym była obiektem, który widzą po raz pierwszy.
- Iz… - Doktor De przerwał wreszcie ciszę. – Przeprowadziliśmy najbardziej skomplikowane skany całego twojego organizmu. Wszystkich tkanek, organów, ba… znamy obraz każdej twojej komórki. Jesteśmy zgodni co do faktu, że twoje ciało ma wiek biologiczny 13 - latki. Twój umysł działa doskonale. Reakcje są szybkie i prawidłowe. Poza tym, że zachowujesz pamięć 21- latki nie ma w tobie nic z tego wieku więcej. Nie ma żadnych wskazań do napraw, czy wymian. Komórki jajowe są w szczytowej formie. Jedynie w śluzie w pochwie pojawiły się po wznowionym jajeczkowaniu jakieś nieznane bakterie. Być może wywołuje je regeneracja organizmu. Będziemy je każdorazowo badać. Nie są one w żaden sposób dla ciebie szkodliwe. Poza tym…

Doktor De jeszcze długo opowiadał o moim stanie zdrowia. Pozostali uczestnicy spotkania zgodnie przytakiwali. Widać było na ich twarzach ekscytację i podenerwowanie. Na koniec z ust doktora padło pytanie, którego się spodziewałam.
- Czy podjęła pani decyzję o nowej tożsamości?
- Tak. Jestem zdecydowana na nowe życie. Proszę mi dokładnie opowiedzieć jak ono będzie wyglądało?
Głos zabrała pani doktor sięgając po teczkę, którą zapewne przygotowali na dwie ewentualności.
- Dostanie pani inny kod, zawierający w sobie informacje o wieku i statusie społecznym. Na pani koncie co miesiąc będzie pojawiać się kwota, warunkująca standard życia na poziomie B. Zostanie pani wymieniony chip, aby przy rutynowym skanowaniu wszystko było jasne, bez zbędnego tłumaczenia. Od pani będzie zależało kiedy i czy pojawić się w banku Partnerów. Zapewniam, że będzie pani w czołówce poszukiwanych top pozycji. Jeśli zdecyduje się pani na dziecko, będzie ono otoczone najlepszą opieką a pani comiesięczna wpłata się podwoi. Wszystko jest opisane w przygotowanej umowie.
- Czy znaleźli państwo przyczynę tych dziwnych zmian?- przerwałam jej spontanicznie.
- Prawdopodobnie wystąpiły błędy w genach sir 2 i sirt 1. Co je aktywowało? Nie mamy pojęcia. Mamy nadzieje, że uda nam się dzięki pani ustalić genezę błędu i sklonować ją na innych ludzi. To być może początek rewolucji ludzkiej rasy, która może posiąść wiedzę o sposobie na wieczną młodość.
- Błąd raczej zawsze kojarzył mi się z czymś nieprzyjemnym i negatywnym. – znów jej przerwałam.
- Tym razem jest inaczej. Proszę spokojnie przeczytać umowę i jak będzie pani gotowa, rozpoczniemy proces zmian. Doktor De jeszcze dziś wymieni chip, a wszystkie dane w systemie będą aktywne zaraz po wprowadzeniu. Zatem najpóźniej za kilka godzin wróci pani do życia jako nastolatka. Gratuluję.
- To ja dziękuję. Nie spodziewałam się w moim 21 letnim życiu tak spektakularnych zmian. Czy powinnam zmienić imię?
- To zależy tylko od pani. Dla nas, ani dla żadnej ze zmian, nie ma to znaczenia.
- Więc chcę na zawsze zostać Iz.


*


Kolejne dni potoczyły się błyskawicznie. Dostałam nowy numer, tożsamość, dokumenty. W pięcioboju zajęłam 7 miejsce w całej mlecznej galaktyce i gdyby nie info od Fa – zapomniałabym o spotkaniu zaproponowanym na słonecznym tarasie.
Na pytanie czy będę, odpowiedziałam natychmiast.

- Tak. Na 100% jestem. Podaj proszę godzinę i adres.
Na monitorze za chwilę wyświetliły się dane.

Miałam 4 godziny do spotkania. Szybki prysznic, lekki posiłek i utonęłam w garderobie. Ostatnio zauważyłam, że zmieniła mi się sylwetka i rzeczy porozwieszane w gablotach przestały pasować. Wysmukliła mi się talia, uda, zarysowały się mięśnie ramion i pleców. Posiadana garderoba albo na mnie wisiała, albo sprawiała wrażenie mocno niedopasowanej. Wybrałam na spotkanie z Fa prostą sukienkę z ciemno szarego jedwabiu, zdobionego srebrzystą lawą z Plutona. Skromnie, lekko i niezobowiązująco. Postanowiłam wstąpić do kwiaciarni i kupić w prezencie bukiet sztucznych konwalii, nasączonych wonią przypominającą naturalny zapach nieistniejących roślin.

Przed video bramą stanęłam celowo 15 minut później. Już za moment na monitorze pojawiła się roześmiana Fa, z jasnymi loczkami rozsypanymi w koło twarzy.
- Super, że jesteś! 77 piętro. Windy po prawej.
Zanim zjawiłam się na miejscu - Fa już czekała na mnie przy włazie szybu. Ucałowała mnie radośnie i delikatnie popchnęła przodem, pokazując otwarte drzwi na końcu korytarza. Dochodziły stamtąd rozmowy i śmiech wielu osób.

Od wejścia Fa rozpoczęła prezentację.
- To moja przyjaciółka z olimpiady, która zostawiła nas daleko za sobą - Iz, a to moi przyjaciele. Zacznę od Wu.
- Bardzo mi miło – chłopak wyciągnął rękę i uścisnęliśmy sobie dłonie. Był wysoki, przystojny. Dobrze zbudowany.
- To Re, Bi, Le, Tr… – podchodziliśmy do kolejnych osób. Wszyscy młodzi, weseli, energiczni. – Dalej Qu, As, Zu. No to chyba wszyscy. Reszta jest na tarasie i kilka osób w drodze. Na co masz ochotę?
- Nie wiem. - odpowiedziałam oszołomiona. - Może coś orzeźwiającego.
- To chodź ze mną do baru, zaraz cos przygotujemy, a przy okazji oprowadzę cię po apartamencie i pokażę ci miejsca z szwedzkim stołem.

Po godzinie byłam już zrelaksowana wprowadzonymi do krwiobiegu używkami i rozluźniona swobodną atmosferą panującą w każdym z pomieszczeń. Wu okazał się opiekuńczym i uroczym partnerem. Większość gości była serdecznie nastawiona do pozostałych. Stałam na tarasie z kilkoma czerwonymi truskawkowymi kulkami, kiedy podszedł do mnie młody mężczyzna z przesadnie krótkimi włosami i szerokim uśmiechem.

- Jeszcze raz się przedstawię, bo pewnie nas wszystkich nie zapamiętałaś – Re. Również brałem udział w olimpiadzie i z zainteresowaniem śledziłem twoje postępy. Byłaś niesamowita.
- Iz – miło mi - w dłoniach trzymał pastylki z czerwonym winem, więc wznieśliśmy toast.
- Cudowna pogoda na takie spotkanie, a ma być jeszcze pogodniej.
- Tak. Możliwość spędzania czasu na zewnątrz jest przyjemna.
- Od dawna przyjaźnisz się z Fa?
- Od kilku miesięcy.
- Nie widziałem cię nigdy wcześniej.
- Nie. Jestem na spotkaniu z jej znajomymi pierwszy raz.
- Przepraszam, że będę bezpośredni. Jesteś z kimś, czy mogę cię znaleźć w banku partnerów? - Re faktycznie nie miał problemu ze spontanicznością.
- Hmmm… jestem sama… i nie znajdziesz mnie na liście partnerów.
- Więc żadna z opcji cie nie interesuje? – chłopak nagle posmutniał i wcale nie zamierzał tego ukrywać.
- Nie, nie. Znaczy tak.
Oboje się roześmieliśmy.
- No to Iż, jak jest? Odpowiedz musi być interesująca.
- Jakiś czas temu rozstałam się z kimś i właściwie nie zdążyłam wystawić anonsu, ale samotność nie jest stanem, w którym chciałabym pozostać.

Re przyglądał mi się z zaciekawieniem. Jeśli padnie pytanie o wiek, to abym się tylko nie pomyliła, bo zniknie szybciej niż się pojawił. Na szczęście pytanie nie padło, a ja uważałam, żeby nie sięgać za daleko opowieściami w przeszłość, które sugerowałyby moje doświadczenia i przebieg. Do końca wieczoru dużo rozmawialiśmy. Re interesował się innymi wymiarami i cywilizacjami. Prowadził badania nad oczyszczaniem powietrza na ziemi i uwielbiał stare melodie z XX wieku. Jak ja. Było cudownie. Rozmawialiśmy uśmiechnięci. Czuć było kokieterię z jego strony, a i mi podobały się słowne gierki, podsycane nieśmiałą dwuznaczną pikanterią.

Przed godziną policyjną postanowiłam się pożegnać. Fa co prawda zaoferowała nocleg i dalszy ciąg spotkania, ale uznałam, że to pierwsze spotkanie, należy właśnie teraz zakończyć. Przed wyjściem wymieniłam się z Re numerami telefonów. Odprowadził mnie do taksówki i zanim dotarłam do domu na wyświetlaczu Zifona zobaczyłam jego twarz przesyłającą mi buziaka.

- Słodkich snów piękna Iz.
- Wzajemnie – wolałam nie pisać za wiele, żeby go nie wystraszyć.
Trzymałam urządzenie w dłoni przez całą drogę, jakbym nie chciała wypuścić czegoś cennego. Czegoś, na co czekałam od dawna. Od zawsze…


*


Zapomniałam przed snem wyciszyć urządzenia i przed 9, pianino Creiga Armstronga kazało mi odczytać odebraną wiadomość.
,,Dzień Dobry Kosmiczna Przyjaciółko’’. No, no dobry jest. Szybko odbiłam piłeczkę uśmiechając się do wyświetlacza.
,,Witaj Jim. Miły początek dnia. Co czeka nas dalej?’’. Za chwilę zadzwonił. Odebrałam.
- Come on baby, light my fire
Come on baby, light my fire
Try to set the night on fire! – zaśpiewał wesoło po drugiej stronie połączenia.
- Powinieneś śpiewać częściej! – śmialiśmy się oboje.
- Iz, jak się czujesz? Wszystko w porządku? Myślałem o tobie.
- Ja też Re.
- Zadzwonię do ciebie po treningu i jeśli pozwolisz zaprosić się na czytanie wierszy w świetle księżyca na kolacji w Parku Mgieł – będę szczęśliwy.
- Jasne Re. Już nie mogę się doczekać!

*

Za kilka godzin, siedzieliśmy pod gazowymi kopułami kolorowych mgieł przy tytanowo- siarkowym stoliku. Na blacie stał wazonik z białym bzem o delikatnym zapachu świeżych kwiatów. Patrzyliśmy sobie w oczy. Uśmiechaliśmy się do siebie. Było idealnie.

-Iz. Chciałbym przed godziną policyjną wspólnie z Toba ustalić, czy spędzimy tą noc u mnie, czy u ciebie. Chciałbym móc dalej z Toba rozmawiać, aż oboje razem nie zaśniemy. Czy to zbyt śmiałe? Myślałem o tym już wczoraj i bardzo żałowałem jak wyszłaś. Bardzo brakowało mi ciebie przez te kilka godzin.
- Szalone. Śmiałe i szalone… – tylko tyle wydukałam, chwilę milcząc. Boże!! Na te słowa czekałam od zawsze. Cudowny mężczyzna, który prawdopodobnie pragnie mnie jak ja jego. Byłam oszołomiona. Szczęśliwa. Czułam się piękna, kobieca i wyjątkowa. Nic nie miało znaczenia. Nic nie liczyło się poza tym, co spotkało mnie w tej chwili. - … ale chcę tego! – dokończyłam. - Jedzmy do mnie.

Słuchając naszej ulubionej muzyki, rozmowy przeplataliśmy pocałunkami, pieszczotami i winem. Odurzona bliskością i delikatnością, dawałam się ponieść niesamowitym emocjom. Re okazał się wspaniałym rozmówcą i doskonałym kochankiem. W najskrytszych marzeniach nie przypuszczałam, że czeka mnie tak bliska relacja z mężczyzną. Czy mam do niej prawo? Czy zasługuję na takiego człowieka? Pytania przerwał mi mocny uścisk Re, który spał obok oddychając głęboko i spokojnie.


*

Kolejne noce spędzaliśmy razem. Rozstawaliśmy się tylko na czas pracy Re. Każdą wolną chwilę wypełniały wspólne posiłki, rozmowy, spacery, słuchanie muzyki i bliskość. Kochaliśmy się jakby od tego miało zależeć wszystko. Czuli, uważni, namiętni. Naturalne było dla mnie, że kilka tygodni później mieszkaliśmy u mnie. Zakochałam się. Jak nastolatka. Na kolejnej wizycie u Doktora De, spytałam, czy powinnam powiedzieć Re prawdę o swoim wieku i błędzie, który dał mi tyle szczęścia. Kategorycznie zaprzeczył, sugerując, że może się to spotkać z niezrozumieniem i niepotrzebną stratą zaufania. Zaprzeczył, ale decyzję pozostawił mnie. Byłam taka szczęśliwa, że nie chciałam stracić ani chwili z życia, które jakimś nieodgadnionym cudem wygrałam.


*

Trzy miesiące od pierwszego spotkania, słuchaliśmy przytuleni na tarasie delikatnego, nieco szorstkiego głosu Amy.

- Iz. Kocham cię – zaczął nieśmiało Re. - Czekałem na kogoś tak bliskiego. Mam 15 lat i to chyba dobry wiek na dziecko, które scali nasz związek na zawsze. Mam stabilna sytuację. Jestem zdrowy, a przede wszystkim nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Nie odpowiadaj dziś, ale proszę przemyśl to na spokojnie.
- Kochany… - wiedziałam, że nie powstrzymam łez wzruszenia. - Czekałam na te słowa… Przecież wiesz kim dla mnie jesteś. Chcę urodzić nam dziecko i mam nadzieję, że nie będziemy musieli na to długo czekać. Nie potrzebuję tego przemyśleć. Jestem pewna. Pewna, zdecydowana i określona. Nigdy nie czułam tego, co mam z tobą. Nie mam żadnych wątpliwości.


*


Kilka tygodni później Doktor De potwierdził informację o prawidłowej i zdrowej ciąży. W klinice ze łzami wzruszenia gratulował mi cały personel. Ja krzyczałam ze szczęścia. Cieszyliśmy się z Re każdą chwilą. Czułam się doskonale. Córka rozwijała się wg wszelkich norm. Zalegalizowaliśmy nasze partnerstwo. Nie brakowało nam niczego. Wydawać by się mogło, że nic nie zmąci naszego szczęścia…
Oboje byliśmy w błędzie…


*


Pierwszy raz Re zasłabł, kiedy byłam w 4 miesiącu ciąży. Potem powtórzyło się to kilka dni później, ale stan utraty świadomości trwał dłużej. Poprosiłam go, żeby zrobił szczegółowe badania. Niestety nie mogłam umówić go na wizytę w swojej klinice, ze względu na tajemnicę o moim błędzie. Po kolejnym razie nie miał już żadnej wymówki, bo poza zasłabnięciami nie wyglądał ani na wypoczętego, ani na zdrowego. Skarżył się na bóle głowy, stawów, serca… Byłam przerażona. Re miał przecież 15 lat. Spodziewaliśmy się dziecka. Nie mogłam zrozumieć co się dzieje. Ustaliliśmy, że do swojej kliniki pojedzie sam. Czekałam w domu na jego powrót, wariując z nerwów. Wreszcie wszedł. Pobiegłam do holu i patrzyłam w jego smutne oczy. Zanim cokolwiek powiedział, wyczytałam z nich śmierć.


*

Patrzyłam w jego oczy. On patrzył w moje. I jedne i drugie zaszkliły się od łez. Wziął mnie za rękę i zaprowadził do salonu. Usiadł na sofie, a mnie posadził na kolanach i głaszcząc po włosach zaczął powoli zapoznawać mnie z wyrokiem:

- Iz... Kochanie… Zostało mi jakieś 2 miesiące życia. Nie żartuję… Chciałbym, ale lekarze nie mają żadnej wątpliwości. Boże kotku… Ja nawet nie wiem co mam powiedzieć. Jak?? Czemu?? Nie rozumiem nic z tego co się dzieje. W klinice zeskanowali mnie dokładnie. Trawi mnie od jakiegoś czasu bakteria, podobna do tej, która kiedyś wywoływała kiłę – tylko o wiele szybciej. Zmiany jakie mam w mózgu i układzie naczyniowo – krążeniowym są nieodwracalne. Nie byłem chory zanim się poznaliśmy, ani przecież ty nie jesteś chora, bo szczegółowo cię skanują przy każdym badaniu ciążowym. Nie wiedzą co to za bakteria, ani jak znalazła się we mnie. Przykro mi, ale nie mam na to wpływu. Niedługo umrę. Kurwa Iz! Ja umrę i nie będzie mnie przy narodzinach dziecka… – Re nie był w stanie dalej mówić. Po twarzy płynęły mu łzy.
- Re! - zaczęłam krzyczeć. - Musimy natychmiast skontaktować się z Doktorem De! On potrafi wszystko. Z pewnością znajdzie sposób i coś wymyśli, żebyś był zdrowy. Przecież jesteś dla mnie wszystkim!! Nie możesz umrzeć!! Nie ty! – oboje płakaliśmy nie rozumiejąc co się dzieje. Re objął mnie ramionami najmocniej jak tylko mógł mnie przytulić i trzymał, żebym przestała się trząść.
- Iz… Mogę spróbować wszystkiego co zechcesz, ale nie sądzę, żeby w mojej klinice nie byli w stanie mi pomóc. Mam 15 lat. Czekam na narodziny córki. Czy wiesz co to dla mnie znaczy… Kocham was i nic więcej nie ma znaczenia…
- Zaraz zadzwonię jeszcze Doktora De. Jeśli się zgodzi – pojedziemy tam najszybciej jak się da.

*

Zadzwoniłam do sekretarki jak tylko się uspokoiliśmy. Doktor De operował, więc poprosiłam o kontakt po skończeniu zabiegu. Oddzwonił przed wyjściem z kliniki. Jak potrafiłam, wyjaśniłam mu koszmar, w jakim się znaleźliśmy. Za zgodą Re zostały mu udostępnione wyniki badań. Do rana miał zadecydować, czy podejmie się leczenia mojego partnera… czy nie.

*

Tej nocy nie spaliliśmy. Leżeliśmy bez słowa. W ciszy. Przytuleni. Każde z nas miało inne myśli. I ja i on szukaliśmy powodów i możliwego rozwiązania. Winiłam się za brak szczerości. Za tchórzostwo, któremu uległam ze strachu przed stratą. Czy to była kara za moje kłamstwa? Re miał 15 lat. Ja prawie 22, ale to jego miało nie być za 2 miesiące. To on umierał na jakąś śmiertelną chorobę. Miałam stracić ukochanego partnera. Ojca naszej córki, która miała nigdy go nie poznać. Chciałam obudzić się z tego koszmaru i nigdy nie usłyszeć tego co miało odebrać mi miłość i sens życia.

Doktor De zadzwonił po 10.
- Tak? – odebrałam po 2 nucie.
- Iz. Ze względu na sytuację jaka nas łączy i wsparcie rządowe, jakim jesteś objęta - spotkam się z Re i zrobię wszystko co potrafię, aby go właściwie zdiagnozować i pomóc, jeśli będzie to możliwe. Potrzebne jest też twoje aktualne badanie. Czy możecie razem przyjechać dziś w południe?
- Oczywiście. Będziemy. Dziękuję.
- Iz… Jeszcze jedno. W tej sytuacji muszę przed nim odtajnić twój wiek i informacje o błędzie.
- Rozumiem Doktorze .To nie ma dla mnie znaczenia. Najważniejsze jest dla mnie życie Re i nasza wspólna przyszłość z dzieckiem..
- Dobrze Iż. Zatem do zobaczenia.

*


Dokładnie w południe leżeliśmy oboje na sali w klinice. Obrazy zmieniające się na monitorach zmieniały się tradycyjnie, ale my patrzeliśmy na nie niewidzącymi oczami. Szum lasu i odległe kukanie ptaka było równie bez znaczenia.

- Witam was. – Doktor De wszedł w asyście innego lekarza.
- To Doktor Ma. Będzie mi pomagał. Musimy was dokładnie przebadać. Podamy zwyczajowo narkozę. Przeprowadzimy badania. Możemy zaczynać?
- Tak. Tak. – Ja i Re byliśmy zgodni i podobnie zdenerwowani.
Lekarze przystąpili do swoich czynności, a ja do ostatniej świadomej myśli nie mogłam sobie darować kłamstwa.


*


Otworzyłam oczy. Re stał obok łóżka, kiedy ja odzyskiwałam świadomość.

- Za kilka chwil mamy otrzymać informację o wynikach. Wszystko ok? – mój partner troskliwie głaskał mnie po czole. Czułam się potwornie z tym, że Re nie miał pojęcia o mojej przeszłości, o której zaraz się dowie. Nie powinnam tego ukrywać, tym bardziej, że był mi tak oddany i spodziewaliśmy się dziecka. To był błąd i pewnie nigdy nie zdołam go naprawić.
- Tak, ok. Przecież ja jestem zdrowa.
- Mamy poczekać na niego w sali obok. Musieli widzieć na monitorach, że się wybudziłam, bo z głośnika ryknęła nienaturalnie głośno sekretarka – ,, Iz, zapraszamy do sali po prawej stronie’’.
- Weszliśmy równo z Doktorem De i Mu, którzy dotarli korytarzem służbowym
- Proszę siadajcie. Mamy już wyniki badań.

Zanim dowiedzieliśmy się o diagnozie, Re otrzymał od doktora informację o tym kim i dlaczego jestem. Wysłuchał historii o chorej i smutnej kobiecie, która nagle dostała nowe życie. Podawała się za kogoś innego, mimo zapewnień o szczerości i miłości. Nie mówił nic. Tylko przytakiwał. Smutny. Zawiedziony. Rozczarowany. Kiedy powiedział, że nie ma żadnych pytań w tym zakresie Doktor De przeszedł do istoty naszej wizyty.

- Re, Iz. – tu spojrzał najpierw na niego potem na mnie, a jego twarz była nieludzko blada – Nie mam dla was dobrych informacji. Błąd genów, który sprawił, że twoje ciało odmłodniało, spowodował, że w śluzie u ciebie pojawiły się bakterie, o których ci mówiłem. Nie wiedzieliśmy, że kiedy znajdą się one w innym organizmie – będą śmiercionośne. Ty jesteś na nie odporna, natomiast twój partner umrze. Potwierdzam wcześniejszą diagnozę Lekarzy Re, że przypomina ona bakterię pradawnego skrętka pospolitego, który tym razem działa błyskawicznie. Niestety nie znamy jej. Nie zdołamy do czasu zgonu znaleźć panaceum. Re umrze za kilka tygodni. Z każdym dniem będzie czuł się gorzej. Jego organizm już dziś jest bardzo słaby i wyniszczony. Przykro mi.
- Więc to co mnie uzdrowiło zabija mojego ukochanego??!!! Czy ja dobrze to wszystko rozumiem??! Czy ten cholerny błąd musi mieć takie konsekwencje?! Przecież miało być już dobrze!! – krzyczałam zanosząc się płaczem.
- Iz. Wiedziałaś, że nie znamy przyczyny tego co ci się przytrafiło. Tym bardziej nie mogliśmy przewidzieć, że będziesz nosicielem śmiercionośnej bakterii, która dla ciebie była całkowicie obojętna.
- A dziecko?? !! Co z nim??? – nie mogłam przestać krzyczeć.
- Prawdopodobnie za kilka tygodni umrze w twoim łonie. Niestety też posiada te bakterie. Możemy poczekać do zgonu, lub go wcześniej wywołać i uwolnić cię od zakażonego płodu.
- Uwolnić od płodu!!!!!! Przecież to moje dziecko!!! Moje dziecko!! Czekałam na nie całe życie. Czekałam na Re całe życie!! – Doktor Re podszedł do mnie i przyłożył mi do dłoni narkozę.
Usłyszałam jedynie – Przykro mi Iz.


*


Traciłam Re z dnia na dzień. Po wizycie u Doktora De przestaliśmy z sobą rozmawiać. Re postawił między nami mur obojętności, braku zaufania. Mnie niszczyło poczucie winy. Płód usunęłam kilka dni po diagnozie. Chciałam skupić się tylko na Re. Niestety z dawnego życia niewiele nam pozostało. Miał do mnie żal, że nie dałam mu wyboru. Pozbawiłam możliwości samodzielnego podjęcia decyzji, czy chce ze mną dzielić życie wiedząc ile mam lat i wiedząc o błędzie.

Zmarł 7 miesięcy po tym jak pierwszy raz się do mnie uśmiechnął. Znów wizytowałam wielki gmach w celu złożenia odpowiednich zeznań, dokumentów i dokończenia wszelkich wspólnych formalności. Znałam dalsze procedury, ale nie chciałam brać w nich udziału, co również podałam w ostatnich aktach. Odprowadzała mnie do wyjścia młoda kobieta. Przy pożegnaniu zapytała:

- Pani Iz, rozumiem, w jakiej jest pani sytuacji. Kolejna strata partnera. Czy mogę coś dla pani zrobić? Zna pani program wcześniejszej utylizacji?
- Znam – odpowiedziałam spokojnie i pewnie. – Przyszedł na to czas. Nie mam ochoty na życie. Wystarczy błędów…


*

Doktor De długo walczył z wątpliwościami i sumieniem, jednak uznał, że w tej sytuacji powinien przeprowadzić szczegółową sekcję zwłok płodu, który usunęli z organizmu Iz. W porozumieniu jedynie z władcami Moru, którzy mieli absolutny dostęp do wszystkiego co dzieje się w klinice nienarodzone dziecko poddano wnikliwym badaniom. Wyniki były szokujące. Okazało się, że córka Iz, mimo posiadania bakterii, potrafiła je utylizować dzięki genom ojca. Były dla niej obojętne jak dla matki.
Prawdopodobnie Iz urodziłaby córkę, która byłaby przedstawicielem nowej rasy. Rasy, która posiadała upragniony gen wiecznej młodości.
Niestety badania przeprowadzono po utylizacji 22 letniej kobiety, która jako jedyna mogła dać nowy początek…



zgłoś niedziałający link